Looking for something?

In Standard

Kim jestem?

Kim jestem?

„Sztuka tracenia” to powieść nie tylko o rodzinie, o poszukiwaniu siebie i dylematach tożsamościowych. Jest to też rewelacyjne źródło wiedzy na temat historii Algierii, jej stosunków z Francją oraz akulturacji i asymilacji migrantów, którzy zdecydowali się opuścić swój kraj na rzecz Francji. Dla przypomnienia dodam, że Algieria była kolonią francuską od pierwszej połowy XIX wieku do 1962 roku. Po uzyskaniu niepodległości wielu Algierczyków postanowiło opuścić kraj z powodu aktów terroryzmu dokonywanych przez Organizację Tajnej Armii (Organisation de l’Armée Secrète, OAS). Kraj musieli opuścić również harki, czyli Algierczycy, którzy stanęli po stronie francuskiej w 1962 roku.

„Sztuka tracenia” to podzielona na trzy części historia rodziny młodej Francuzki Naïmy. Pierwsza część książki, kończąca się w 1962 roku, przedstawia rodzinę Alego i Yemy (dziadków Naïmy), żyjącą w Algierii. Druga to ich losy we Francji po opuszczeniu Algierii w 1962 roku, a trzecia to Francja współczesna. Każda część jest zupełnie inna i pozwala odkryć inny problem społeczny.

Algieria, lata 50. i 60. Wchodzimy do domu Alego i Yemy, poznajemy tradycje kabylskie* związane z zawieraniem małżeństw aranżowanych, pozycją kobiet w rodzinie, obrzezaniem, przywiązaniem do ziemi i hierarchią rodzinno-społeczną. Z biegiem lat Yema rodzi kolejne dzieci, Ali angażuje się w działalność polityczną po stronie Francuzów, co przyczynia się do licznych sporów w rodzinie. Obserwujemy proces wyzwolenia Algierii, współpracę z generałem de Gaullem oraz trudności, które dotykają cały kraj. Po zwycięstwie ruchu niepodległościowego, Ali z rodziną muszą uciekać, ponieważ jako harki, w oczach Algierczyków, w najważniejszym momencie Ali stał po niewłaściwej stronie barykady.

Statek z uciekinierami dopływa do Marsylii, rodzina wysiada na ląd i rozpoczyna się nowe, trudne życie w metropolitalnej Francji. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie migawki z życia tej imigranckiej rodziny, która znalazła się w nowym miejscu, w nowej sytuacji i czuła, że jest na rozstaju dróg. W powieści często pojawia się motyw poczucia obcości i braku poczucia przynależności. Znamienny jest moment, gdy opieka społeczna przychodzi do Yemy po narodzinach kolejnego dziecka. Najpierw kobieta wizytująca tłumaczy, że trzeba zapewnić dziecku możliwość współżycia z Francuzami, żeby nie czuło się obce, żeby rodowici Francuzi uznali je za „swoje”. Po dość długim wywodzie kobieta reprezentująca państwowe służby społeczne zaproponowała tylko jedno rozwiązanie: nadać dziecku francuskie imię. I tak do Hamida, Kadera, Dalily i  Mohameda dołączył… Claude. I właściwie na tym zakończył się proces akulturacji dzieci w nowej ojczyźnie.

Ali i Yema są wyłączeni z życia społecznego, każdy telefon lub list wymaga pomocy dzieci, ponieważ nie dość, że nie znają oni francuskiego, to nie umieją czytać i pisać. Ich świat i życie ogranicza się więc do dzielnicy migrantów. Nie są w stanie kontrolować postępów dzieci w nauce, czy kontaktować się z nauczycielami. Wszystko to rodzi frustrację wśród nich, ale także wśród dzieci, które nie wiedzą do którego kraju i narodu przynależą, czy są Algierczykami czy Francuzami. Algieria staje się coraz bardziej obca, a Francja nie chce stać im się bliższa.

Po kilku latach, Hamid (syn Alego i Yemy) wiąże się z Francuzką. Połączenie dwóch światów, różnych tradycji i ambicji oraz przekonanie rodziców obu stron co do zasadności tej relacji stanowi nie lada wyzwanie. Owocem tego związku jest Naïma, którą lepiej poznajemy w trzeciej części książki. Naïma, która nie zna kultury algierskiej, nigdy nie była w kraju swoich przodków, co więcej ani dziadkowie, ani ojciec nie chcą jej opowiadać o swojej ojczyźnie. Czuje się Francuzką, ale ma w sobie pewną ciekawość Algierii, która jest dla niej trochę mityczna. Gdy z powodów zawodowych, nie bez strachu, rusza w podróż do Algierii, owszem, poznaje ten kraj, ale jest to już zupełnie inne miejsce, niż to w którym wychował się jej dziadek i ojciec. To kraj nowoczesny, otwarty, który nie przypomina tego, walczącego o niepodległość, w którym najważniejsza była religia i kult ziemi. I zadziwiają ją emocje, które jej towarzyszą. Jadąc tam spodziewała się czegoś innego. Ale nie będę zdradzać czego.

Uważam, że jest to bardzo ważna książka. Pozwala lepiej zrozumieć pewne procesy społeczne i kulturowe, które są powszechne we Francji. Wczuć się w sytuację Francuzów, których dziadkowie lub rodzice urodzili się gdzieś indziej. Oni znają jedną ojczyznę – Francję, a kraj pochodzenia ich przodków często jest tylko miejscem na mapie.

Po przeczytaniu książki obejrzałam kilka wywiadów z Alice Zeniter. Ta książka to jej własna podróż w głąb siebie. Jej ojciec jest Kabylem, a matka Francuzką. Zeniter czuła potrzebę odnalezienia swoich korzeni, aby móc w pełni zdefiniować swoją tożsamość. Nie jest to jednak książka autobiograficzna. Z pewnością historia jej rodziny była inspiracją, ale przedstawiane problemy są uniwersalne i dotykają wiele rodzin mieszkających we Francji.

„Sztuka tracenia” otrzymała wiele nagród, między innymi nagrodę Goncourtów przyznawaną przez licealistów, oraz przez czytelników z Hiszpanii, Belgii, Szwajcarii i Polski! Alice Zeniter jest autorką kilku powieści, książki dla dzieci oraz trzech sztuk teatralnych. W Polsce do tej pory przetłumaczono jedynie „Sztukę tracenia”.

*Kabylowie to rdzenny lud berberski zamieszkujący północną-wschodnią Algierię.

Alice Zeniter
Sztuka tracenia (L’Art de perdre)
Tłumaczenie: Agnieszka Rasińska-Bóbr
Wydawnictwo Sonia Draga (Flammarion)
5 komentarzy 225 Views

Related Post

5 komentarzy

  1. Wygląda na bardzo ciekawą książkę. Tylko kiedy ja to wszystko przeczytam! 🙁

  2. Jako że mnie ten temat interesuje bezpośrednio (mój przyjaciel jest Francuzem z rodziny Berberów – 3 pokolenie imigrantów), oczywiście nabyłam tę książkę, i chyba się za nią prędko wezmę. Streszczenie, ktore przedstawilaś – tak jakbym czytała o koledze i jego rodzinie.
    Od 10 lat podpytuję przyjaciela o jego tożsamość, o to, jak się czuje w społeczeństwie, o jego „berberskość” – ten już 56-letni urodzony we Francji człowiek, po studiach, pracujący – ma problemy by mówić o swojej tożsamości czy o historii rodziny. Nie czuje się ani w 100% Francuzem, ani Berberem, raczej określa się jako „déraciné”. O kraju rodziców wie niewiele, nigdy nie był w Algierii, nie mówi ich językiem (berberskim, bo rodzina nie mówi tez po arabsku), może rozumie kilka słów poznanych w dzieciństwie – matka mówiła z początku tylko w jęz. ha-kbaylith, jak to sama określała – ja sama, na podstawie wyciągnietych z niego informacji ustaliłam, że to język małej grupy Berberów chenoui, Kulturalnie identyfikuje się francusko – zamiłowanie do nauki, książek pozwoliły mu, i jego rodzeństwu, pozbyć się, choć częściowo, tego odium dziecka z biednej dzielnicy. Rodzina nie była zbyt religijna (na szczęście), on sam jest ateistą (co też nie jest oczywiste, bo ponoć właśnie następne pokolenia imigrantów zwracają się zbyt mocno ku religii).
    Generalnie unika rozmowy na te tematy. Mówi przeważnie: nie ma o czym opowiadać, była bieda, wychowanie na ulicy, mieszkanie z Cyganami, rasizm (teraz także jest), zawsze przy przyjęciu do pracy decyduje pochodzenie, co widać po nazwisku, parę razy bardziej sprawdzano go na lotnisku, bo ma niewłaściwy wygląd…. do Polski po zmianie władzy boi się przyjechać, czuje na sobie nieprzyjazne spojrzenia….mówiłam, że może przesadza, jest tylko lekko śniady, ale sama dwa razy widziałam wzrok facetów, którzy nie sprawiali wrażenia przyjaznych.
    Dziecko z imigranckiego getta nigdy z niego nie wyjdzie.
    Przepraszam za przydługą wypowiedź 🙂

    1. Absolutnie nie masz za co przepraszać, dziękuję Ci za tak ciekawy komentarz. Obserwuję dość bacznie społeczeństwo francuskie i belgijskie, mam wielu znajomych i uważam, że rzesze, które nie czują żadnej przynależności kulturowej są ogromnym problemem, z którego Francja nie do końca sobie zdaje sprawę. Slogany na temat równości, tolerancji i integracji czy akulturacji są ciągle sloganami i raczej pozostają na poziomie, powiedzmy mikro, w sensie, oni nie są wykluczani z kręgów znajomych, ale systemowo, jest to moim zdaniem dramat.

  3. „Rzesze, które nie czują żadnej przynależności kulturowej” – to jest wyrażenie kluczowe. Albo identyfikują się podwójnie, Pewnie zależy to od wielu czynników: z jakiej pochodzi się rodziny, jak hermetyczna była ta rodzina (przypuszczam, że są dzielnice, gdzie od lat 50-tych mieszkają te same, wielopokoleniowe rodziny), jak przebiegała skolaryzacja danej osoby, czy miała szczęście w życiu i spotkała na swojej drodze przyjaznych/mądrych ludzi, w końcu – czy znalazł w sobie moc do zmian, mimo trudności.
    Jeżdżę regularnie do Francji od 10 lat jako turystka, zwiedzam „patrimoine”, oglądam TV5 i teleturnieje, by podszkolić się w języku. I patrząc tylko przez pryzmat uczestniczenia w kulturze – bardzo rzadko widzę ludzi nie będących Francuzami de souche w muzeach, na koncercie, nigdy nie widziałam ich w teleturnieju. A zwracam na to uwagę. Przykład z własnego podwórka: rzeczony kolega, na propozycję pójścia np. do opery, teatru, mówi, niby żartobliwie: „Les Sarrazins ne vont pas au theatre, tu ne rencontreras jamais les Maghrébins au théatre”. A o mnie, że mam „les gouts de la princesse, tandis que je suis une gueuse”. Na Korsykę na przykład nigdy nie pojedzie, bo Korsykanie to rasiści – jego słowa. Pytam dlaczego, czy ktoś Ci coś zrobił/powiedział – nie, nie – i ucina rozmowę. To jest chyba strach, dziedziczony strach. Może się mylę, ale taki nasuwa mi się wniosek.
    Ach, kwestia „beurs” to szeroki i złożony temat i nie ma z kim o tym pogadać, bo ludzie przeważnie upraszczają, nie znają kontekstu.

    1. To wszystko prawda, ale jest też druga strona medalu. Mój znajomy pracuje w ośrodku, w którym uczy migrantów francuskiego. I pomimo, że lekcje są darmowe, oni nie są zaangażowani, nie pracują, żeby się nauczyć języka, często nie przychodzą na zajęcia. Myślę, że ten problem jest bardzo złożony, warto obserwować tę sytuację i rozmawiać! Dlatego zapraszam do, jak widzę ciekawych dyskusji, na bloga!!!!

Leave a Reply