Looking for something?

In Standard

Można, ale po co?

Można, ale po co?

Karierę Joëla Dickera śledzę dość bacznie od momentu, gdy przeczytałam „Prawdę o sprawie Harry’ego Queberta”. Ta powieść bardzo mi się spodobała i od tamtej pory z niecierpliwością czekałam na kolejne pozycje tego autora. „La disparition de Stephanie Mailer” to już czwarta książka tego autora, po którą sięgnęłam i mimo, że czytałam ją z zaciekawieniem, a w pewnym momencie nawet ciężko było mi ją odłożyć, to jednak koniec końców spotkało mnie spore rozczarowanie literackie.

Fabuła rozpoczyna się w latach 90. XX wieku kiedy to dochodzi do zabójstwa czterech osób: burmistrza, jego żony i syna oraz (pozornie) przypadkowej biegaczki, która najprawdopodobniej była świadkiem morderstwa dokonanego na rodzinie lokalnego polityka. Następnie przenosimy się do roku 2014 i imprezy pożegnalnej komisarza policji Jesse’a Rosenberga, który przechodzi na emeryturę z nieposzlakowaną opinią i 100%-ową wykrywalnością przestępstw. Spotkanie przerywa tytułowa Stephanie Mailer, dziennikarka, która przywołuje poczwórne morderstwo sprzed lat sugerując, iż w czasie ówczesnego śledztwa zatrzymano niewłaściwą osobę. Policjanci postanawiają wrócić do tej sprawy, zwłaszcza, że niedługo po rozmowie z komisarzem, Stephanie zostaje znaleziona martwa.

Nie mogę powiedzieć, że powieść Dickera mnie nie wciągnęła. Po przeczytaniu pierwszych 150 stron, które służyły w zasadzie zawiązaniu akcji i przedstawieniu bohaterów (których było bardzo dużo) nie mogłam się oderwać i chciałam jak najszybciej poznać odpowiedź na to odwieczne pytanie „kto zabił?”. Dicker sprawnie przeskakuje między bohaterami oraz między różnymi przestrzeniami czasowym, co dodaje książce dynamizmu. Ale po przeczytaniu już kilku jego książek wiem, że jest to jego stały trik. Dicker zawsze kończy rozdziały tzw. „cliff-hangerem” i przeskakuje do innego wątku, więc czytelnik czyta dalej, żeby dowiedzieć się jaki był ciąg dalszy tej historii, która właśnie się urwała w kluczowym momencie. Świetna sztuczka, która sprawia, że książka jest w zasadzie nieodkładalna.

Jednak pomimo ciekawej i wciągającej fabuły mam do niej sporo zastrzeżeń. Po pierwsze wspomniana już mnogość bohaterów i wątków, które na początku nie mają ze sobą żadnego związku. Dicker przez około 150 stron (albo i więcej) stopniowo wprowadza poszczególnych bohaterów do fabuły przez co w pewnym momencie zaczęłam się gubić kto jest kim i jaka jest jego rola w powieści. Zwłaszcza, że na początku ich historie nie miały ze sobą żadnego związku, więc czytałam je tak, jakbym skakała z kwiatka na kwiatek. Liznęłam historię redaktora naczelnego lokalnej gazety, żeby zaraz przejść do opowieści o krytyku literackim, a potem do nieudanego małżeństwa policjantki biorącej udział w śledztwie. Te strzępki historii na początku sprawiały, że ciężko mi się czytało tę książkę i miałam chęć ją porzucić, ale za każdym razem myślałam (i słusznie) „zaraz się rozkręci”.

Nie dość, że bohaterów było całe mnóstwo, to niektóre z ich perypetii były naciągane jak w kiepskich amerykańskich serialach. Czasem się zastanawiałam, czy Dicker miał jakiś cel we wprowadzeniu na przykład karykaturalnego wręcz reżysera teatralnego, który był kiedyś policjantem, ale porzucił swoją profesję na rzecz sztuki. Brakowało mu tylko czerwonego szaliczka i rozwichrzonej siwej czupryny  do bycia stereotypowym szalonym artystą. Innym przykładem jest wątek romansu. Ależ mnie te fragmenty złościły! Młoda dziewczyna wodzi za nos swojego szefa, który kupuje jej brylanty i inne luksusowe drobiazgi zaciągając kolejne pożyczki i wydając pieniądze odłożone na studia jego dzieci. Ilość tandety w tym wątku była przytłaczająca.

Kolejny zarzut dotyczy nieznajomości kręgu kulturowego o którym Dicker pisze. Z niezrozumiałych dla mnie powodów, zawsze umiejscawia on swoje powieści w Stanach Zjednoczonych. Nie lubię, kiedy autor pisze o kulturze lub miejscu, których nie zna na wylot lub w których nie żyje na co dzień (nie licząc oczywiście reportaży), uważam to za pretensjonalne i nastawione na zysk. Łatwiej bowiem sprzedać za granicą książkę, której akcja toczy się w teoretycznie znanych wszystkim Stanach niż we Francji. Dicker podjął taką decyzję, jego prawo, ale dało się zauważyć w książce jego francuską naturę. Najbardziej ewidentny przykład to scena w restauracji. Bohaterowie jedzą posiłek do którego kelner co chwila donosi chleb. Serwowanie chleba lub bagietek jako dodatek do posiłku to domena Francuzów, a nie Amerykanów. Dicker chyba jednak o tym zapomniał.

Na koniec jeszcze jeden aspekt, który niezwykle irytował mnie w drugiej części książki. Chyba z pięć razy Dicker zastosował ten sam zabieg: znaleziono winnego, wszystkie poszlaki wskazywały na konkretną osobę, policja go zatrzymała i… okazuje się, że ma niepodważalne alibi, a jego dziwne  zachowanie było podyktowane jakąś wyższą przesłanką, która miała na celu zdemaskowanie mordercy. Gdyby taki twist był zastosowany raz, góra dwa razy, byłoby to po prostu klasyczne zmylenie czytelnika, ale wielokrotne powtarzanie tej samej sztuczki zaczyna być nużące.

Po przeczytaniu tego tekstu zapewne niewiele osób będzie chciało sięgnąć po tę książkę, ale mimo wszystko bardzo Wam polecam jego wcześniejszą twórczość, a zwłaszcza „Prawdziwą historię Harry’ego Queberta”. To co w „La disparition…” wydawało mi się wyświechtaną i ograną taktyką Dickera, w „Prawdziwej historii…” jest wciągające i bardzo przyjemne.

Joël Dicker to jeden z poczytniejszych współczesnych twórców piszących po francusku. Urodził się i kształcił w Szwajcarii. Jego książki są tłumaczone na wiele języków i sprzedawane w milionach egzemplarzy na całym świecie. „Prawdziwa historia Harry’ego Queberta” została uhonorowana nagrodą Grand Prix Akademii Francuskiej oraz Goncourtem przyznawanym przez licealistów. W maju 2020 roku ukazała się kolejna jego powieść „ L’Énigme de la chambre 622”.

Joël Dicker
La Disparition de Stephanie Mailer
Editions de Fallois
0 Comment 455 Views

Leave a Reply