Looking for something?

In Standard

Przewodnik po okładkach

Przewodnik po okładkach

„Jaka piękna okładka! Biorę!” Założę się, że każdy z Was kiedyś tak miał, ja na pewno. Półki polskich księgarni mienią się kolorami. Jedne książki są wysokie, inne niskie, jedne w twardej oprawie, inne w miękkiej, słowem do wyboru do koloru. W księgarniach francuskich czy belgijskich sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Prawie wszystkie grzbiety są białe, każde wydawnictwo ma przypisaną sobie szatę graficzną, a książki z danej serii wydawniczej mają takie same wymiary. Znalezienie konkretnego tytułu nie jest ani trochę intuicyjne. To zjawisko nie jest jednak kwestią przypadku.

Po pierwsze, ta surowość ma częściowo podłoże religijne (jest to szczególnie ciekawe w kraju laickim, takim jak Francja). Przez wiele stuleci książki były zarezerwowane dla elit. W średniowieczu dla duchownych, którzy przepisywali i przechowywali księgi, a później dla bogatszej części społeczeństwa, która mogła sobie na nie pozwolić. Książka zawsze była traktowana jako przedmiot szeroko pojmowanego kultu, zarezerwowany tylko dla pewnej części społeczeństwa.

Po drugie, Francuz kupuje książkę dla treści, a nie dla okładki. Dlatego właśnie są one jednokolorowe, a przez to poważne i dostojne. Na początku XX wieku, wszystkie ważniejsze wydawnictwa wybrały sobie konkretne kolory okładek. Zaczęło się od największego francuskiego wydawnictwa Gallimard, które zarezerwowało sobie biały kolor (teraz kremowy) z dużymi, czerwonymi literami, następnie Grasset postawił na żółty, Stock – na granatowy, Flammarion – kremowy (z małymi literami), a P.O.L. – biały. Ta identyfikacja wizualna ma m.in. umożliwić klientowi natychmiastowe rozpoznanie konkretnego wydawnictwa na półce w księgarni. Na pytanie: „co czytasz?”, czytelnik może z łatwością odpowiedzieć: „najnowszą książkę Gallimarda”, bo trzyma w ręku kremowe dzieło z czerwonymi literami. Można się tu nawet pokusić o stwierdzenie, że wydawnictwo jest ważniejsze od samego autora. Jest to strategia wydawcy, a trzeba podkreślić, że celem wydawców francuskich nie jest dostarczanie ludziom rozrywki, ale rozwój intelektualny czytelników. Myślę, że ta jednokolorowość miała na celu także odróżnienie się od wzorców anglosaskich. Okładki amerykańskie czy brytyjskie są krzykliwe i kolorowe, a te francuskie – stonowane.

Od kilkunastu lat możemy jednak zaobserwować pewne zmiany w tej dziedzinie. Zaczęły powstawać nowe wydawnictwa, które zdecydowały się na zabawę grafiką. Za wszelką cenę chciały być inne od potentatów branży wydawniczej i zaczęły proponować inny papier, rozkład tekstu na stronie, czcionkę, no i oczywiście okładki.

Wydawnictwa korzystają też z opcji obwoluty. Dzięki niej mamy dwa w jednym: podstawowa okładka jest jednokolorowa, ale już obwoluta ilustrowana. Daje to czytelnikowi wybór, czy chce iść w stronę klasyki czy współczesnych trendów.

Są jednak książki, które zawsze mają na okładce ilustracje lub zdjęcia. Są to pozycje zaliczane do literatury popularnej (tzw. „czytadła”), czyli mniej „intelektualnej”. Z tego powodu okładki wersji kieszonkowych są ilustrowane. Wersje poche (z francuskiego – kieszeń) są tańsze i wychodzą mniej więcej po roku od premier wersji w dużym formacie. Pojawienie się wersji poche i związana z nim okładkowa rewolucja miały miejsce w 1953 roku. Chodziło o upowszechnienie literatury wśród ludności francuskiej. Wersje kieszonkowe stały się niejako odpowiednikami anglosaskich paperbacków. Graficy często wykazują się przy nich dużymi umiejętnościami. Osobiście uwielbiam na przykład serię 10/18 (nazwa serii nawiązuje do wymiarów wszystkich książek w wersji poche). Ich okładki są inspirowane popartem i twórczością Andy’ego Warhola i, jak dla mnie, są to małe dzieła sztuki.

Na koniec została nam jeszcze jedna kwestia: banderole, najczęściej czerwone, na których znajdują się informacje o nagrodach lub blurby. Jest to oczywiście zabieg marketingowy: czytelnik widzi od razu najważniejsze informacje dotyczące danego tytułu np. „PRIX GONCOURT 2018” i wie, że ma go kupić. Poza tym łatwiej wydrukować małą banderolkę niż dodrukowywać egzemplarze książki z inną okładką np. po jej ekranizacji lub otrzymaniu przez nią nagrody. Nie ma więc żadnego problemu, by już następnego dnia rano, po przyznaniu nagrody, księgarze przyodziali dany tytuł w banderolę z odpowiednią informacją. Problem polega jednak na tym, że obecnie znajduje się ona na co drugiej książce, co zasadniczo przeczy pierwotnej idei jej stosowania. Może dlatego zaczęto robić je również w innych kolorach np. żółtym.

Jak widzicie, w księgarniach we Francji lub Belgii nic nie jest kwestią przypadku. Wszystkie ruchy wydawnictw są starannie zaplanowane, by z jednej strony sprzedać jak największą ilość książek, a z drugiej, moim zdaniem, zachować elitarność czytelnictwa.

Źródła :
Charlotte Pudlowski, Pourquoi en France les couvertures de livres sont-elles si sobres?
Mohammed Aissaoui, Françoise Dargent, Le bandeau, meilleur ami du livre ?
Petite histoire des couvertures de livres

8 komentarzy 1284 Views

Related Post

8 komentarzy

  1. Bardzo ciekawy artykuł! Zawsze zastanawiałam się czemu we Francji wszystkie okładki są prawie identyczne, a same książki zrobione często z nie najlepszej jakości papieru (szczególnie te wydawane przez POL, które moim zdaniem fakturą przypominają karton po jakimś produkcie spożywczym). Natomiast świetnym pomysłem, który warto zaimportować do Polski są wersje kieszonkowe. Dużo tańsze od zwykłych wydań, a jednocześnie zrobione w taki sposób, że ich czytanie nie sprawia problemu.

    1. Bardzo dziękuję za komentarz 🙂 Ja akurat lubię papier używany przez POL, ale to oczywiście moje indywidualne preferencje 😀 Też bym chętnie zobaczyła wydania kieszonkowe w Polsce. We Francji ma to o tyle rację bytu, że te normalne wydania są strasznie drogie!!! Ceny oscylują w granicach 20 euro. W Polsce na szczęście nie jest aż tak źle. A jeszcze co do wersji poche, niestety nie wszystkie mają przyjazną czcionkę. Seria 10/18, o której wspominałam w artykule, ma prawie zerową interlinię. Bardzo męcząco się to czyta. Ale już Folio jest super 🙂

  2. Francuskie okładki mają swój urok, ale chyba jednak okładki w stylu anglosaskim (szczególnie angielskie wydania!) są dla mnie dużo bardziej pociągające! Rysownik potrafi czasem stworzyć prawdziwe arcydzieło, które idealnie współgra z treścią książki np. obie wersje okładek do cyklu Harry Potter. Niestety zdarzają się się u nas nadal okładkowe koszmarki w czym przoduje Wydawnictwo Amber ? więc może jednak ta francuska jedno kolorowość nie jest takim złym pomysłem ?

    1. No właśnie, ciężko odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Myślę, ze dużo też zależy od grupy docelowej danego wydawnictwa. Harry Potter miał trafić do młodszych czytelników (chociaż jak wiadomo, nie tylko do nich:) ) więc okładki miały przemawiać właśnie do takich odbiorców. Aczkolwiek zerknij na francuskie okładki Harry’ego Pottera w wersji poche – koszmar 😀

  3. Ciekawe. Nie wiedziałam, chociaż widziałam. Nigdy jednak nie zastanawiałam się dlaczego Francuzi mają taką szatę graficzną na swoich książkach.
    Z doświadczenia wiem, że stworzenie i dopracowanie okładki dla francuskiego autora i wydawnictwa jest wyzwaniem.
    Zawsze jednak dążą do prostoty, przejrzystości i czytelności okładki. Prostota to jednak prawie zawsze elegancja.

    1. no właśnie, francuska elegancja 🙂

  4. Ja najbardziej lubię okładki Flammariona 🙂 ogólnie podobają mi się proste wzory francuskich wydawnictw. A paperbacki są fajne (czy francuskie, czy anglosaskie), bo równiutko stoją na półce. Pod tym względem irytują mnie polskie wydania, bo każde ma inny format i potem mam sinusoidę na półce 😉

    1. A ja chyba jednak lubię tę pstrokaciznę na półce 🙂

Leave a Reply