Looking for something?

In Standard

„To była klamka, nacisnąłem ją i drzwi się otworzyły…”

„To była klamka, nacisnąłem ją i drzwi się otworzyły…”

„Stara historia” Jonathana Littella składała się pierwotnie z dwóch rozdziałów. W jej nowej wersji, wydanej w 2018 roku, jest ich aż siedem. Niestety siedem. Trzy pierwsze były intrygujące, momentami nawet wciągające, niestety przez drugą część ciężko było mi już przebrnąć. Ale żeby nie było tak pesymistycznie, muszę też powiedzieć o mocnych stronach tej książki, bo i takich nie zabrakło.

Sam pomysł i konstrukcja „Starej historii” są genialne. Każdy rozdział rozpoczyna się tak samo: główny bohater (który w każdym rozdziale staje się kimś innym – kobietą, dzieckiem, homoseksualistą…) wychodzi z basenu, do którego wskakuje w ostatnim zdaniu rozdziału. Następnie biegnie przez korytarz i co jakiś czas dostrzega klamkę, która otwiera drzwi do kolejnych światów. Za drzwiami znajduje się czasem dom rodzinny, a czasem wojna lub seksualna orgia. I na przestrzeni siedmiu rozdziałów pojawiają się pojedyncze sceny z tych powracających naprzemiennie płaszczyzn. W każdej części znajdują się również elementy, które wracają jak bumerang, na przykład jabłka lub elektryczność. Ich obecność nadaje rytm i uwypukla powtarzalność, na której koncentrował się autor. Myślę, że skonstruowanie tej książki wymagało od Littella nie lada precyzji i ogromnego kunsztu pisarskiego

Drugim elementem, który jest ogromnym atutem tej książki to fragmenty przedstawiające wojnę. Są absolutnie przejmujące. Często w opisach wojny wkrada się zbytni patos lub wręcz przeciwnie, autor spłaszcza temat ograniczając się do mówienia o wybuchach i kolejnych rannych. W „Starej historii” opis wojny, śmierci i rozpaczy jest bardzo obrazowy i emocjonalny. Littell mówi o wojnie, jako o tragedii ludzkiej i przemocy skierowanej w jednostkę. Nie patrzy na nią przez pryzmat jej masowości lub polityki. Ważny dla niego jest człowiek i jego emocje. Myślę, że to ta wspaniale oddana osobistość wojny spowodowała, że momentami miałam ciarki na plecach.

„Zmarłym był trzynastoletni chłopak, zastrzelony przez snajpera poprzedniego wieczoru, gdy rąbał drewno przed drzwiami domu. Jego starszy brat i grupa przyjaciół stali zalani łzami wokół otwartej trumny, poprawiając plastikowe kwiaty leżące na zwłokach, i pogrążeni w bólu, z nieskończoną czułością gładzili policzki nieżyjącego chłopca. Ojciec stał trochę dalej, w otoczeniu najbliższych, krzyżując ręce na piersi, pełen godności, zastygły w rozpaczy.”

Littell wie o czym pisze, gdy pisze o wojnie. Pracował w organizacji walczącej z głodem m.in. w Bośni, Czeczenii, Syrii, Afganistanie czy Kongo. Po jego pobycie z misją humanitarną w Czeczenii powstał reportaż „Czeczenia. Rok III”. To połączenie reporterskiego oka i emocjonalnego pióra daje niepowtarzalny efekt, który rzadko da się odnaleźć w literaturze pięknej, jak również tej non-fiction.

I na koniec – język. Ta książka to ponad 400-stronicowy opis zdarzeń, ludzi i uczuć. Opis soczysty, emocjonalny i niezwykle sensualny. Wyobraźnia w zasadzie nie ma za dużo do roboty w trakcie lektury, tutaj nic nie jest niedopowiedziane. Liście są „długie, obwisłe, wystrzelające z masywnego pnia krępego palmowca”, a przedstawiony cmentarz to ten „znajdujący się po drugiej stronie miasta, w kierunku cytadeli, za labiryntem uliczek, pogrążonych teraz w żółtawych oparach porannej mgły i jeszcze bardziej szarych”. Myślę, że jego fascynacja malarstwem, a zwłaszcza Francisem Baconem, o którego pracach Littell napisał książkę, nie była tu bez znaczenia. Tym bardziej doceniam pracę tłumacza Jacka Giszczaka, który poradził sobie z tym karkołomnym zadaniem wyśmienicie.

No i teraz dwa zarzuty, które niestety kładą się cieniem na tej książce. Konstrukcja jest biżuteryjna, ale w pewnym momencie staje się nudna. Każdy kolejny rozdział to ten sam schemat i te same elementy przedstawione w nieco zmienionej formie. O ile przy dwóch-trzech rozdziałach można by to uznać za literacki geniusz, to przy siedmiu zaczyna męczyć. Ale nie to jest najgorsze. To, co było dla mnie nie do przejścia, to sceny seksu (we wszystkich konfiguracjach), w których Littell również nie pozostawiał niedopowiedzeń. Gdy czytam tak szczegółowe opisy pojawiające się w ogromnych ilościach zastanawiam się czemu one służą? Mają bulwersować? Podniecać? Intrygować? Mnie jedynie zniesmaczyły i przyznam szczerze, że w pewnym momencie zaczęłam omijać te fragmenty. Nie widzę walorów artystycznych w tak perwersyjnych, a wręcz pornograficznych (choć Littell odcina się od tego określenia w stosunku do swojej prozy) scenach.

Dla kogo jest ta książka? Niestety nie dla każdego. Myślę, że bardzo dobrze wpisuje się ona w ten „intelektualny” aspekt francuskiego społeczeństwa. Francuzi uwielbiają dyskutować, intepretować i analizować, a tę książkę można analizować, doszukując się w niej mechanizmów psychospołecznych oraz odniesień do wielkich filozofów, psychologów i artystów. Można też chłonąć piękno języka, nie skupiając się za bardzo na treści. I to właśnie stanowi istotę tej książki – forma. Sam Littell w wywiadzie zamieszczonym w ostatnim numerze „Książek. Magazynu do czytania” powiedział, że „on w zasadzie próbował stworzyć pewien obiekt, wymyślić formę dla treści. (…) Pisanie nie różni się aż tak bardzo od malarstwa, chodzi o tworzenie form”. I jeśli z taką świadomością czytelnik sięgnie po tę książkę i skupi się na jej formie, nie zwracając większej uwagi na treść, to z pewnością się nie rozczaruje. Ja nie byłam zachwycona, ale jestem przekonana, że książka znajdzie swoich wielbicieli.  

Jonathan Littell to zdobywca nagrody Goncourtów za książkę „Łaskawe”. Urodził się w Stanach Zjednoczonych, a jako dziecko wyjechał do Francji. Pisze głównie po francusku, mimo, że aktualnie mieszka w Hiszpanii.  

Jonathan Littell
Stara historia. Nowa wersja (Une vieille histoire. Nouvelle version)
Tłumaczenie: Jacek Giszczak
Wydawnictwo Literackie (Gallimard)
4 komentarze 930 Views

Related Post

A Ty co widzisz?

A Ty co widzisz?

4 komentarze

  1. Bardzo ciekawa recenzja, choć sama książka chyba nie dla mnie… ja jednak bardziej cenię treść nad formę, a nie odwrotnie. Sam pomysł przeżywania tego samego po kilka razy kojarzy mi się filmem „Efekt motyla”, ale nie wiem czy autor czerpał inspirację akurat z kina. A z tymi scenami seksu przypomina mi się Houellebecq, widać frankofońscy pisarze mają skłonność do szczegółowych opisów tego aspektu życia 🙂

    1. Z pewnością jest to pozycja inna niż wszystkie. Trzeba samemu stwierdzić, czy wpisuje się w estetykę, która nam odpowiada 🙂

  2. Chyba sobie jednak odpuszczę. Lubię jak pokazana jest perspektywa jednostki na tle wielkich wydarzeń historycznych, ale konstrukcja mnie raczej nie przyciąga.

    1. Myślę, że to książka dla miłośników takiej prozy. Jest wiele innych do przeczytania 😉

Leave a Reply to Dorota Padzik Cancel Reply